Miejsca
Ten artykuł przeczytasz w 5 minuty
Filip Springer w jeżdżeniu rowerem uwielbia nowe odkrycia, ale co jakiś czas wyrusza w podróż, by dokądś po prostu wrócić. Oto pięć nieoczywistych miejsc, do których lubi co jakiś czas wracać.
Mam na mojej krótkiej liście kilka tras, które odwiedzam regularnie, o różnych porach roku. I nigdy nie przestają mnie one zachwycać. Na tym też polegają przecież podróże. Nie tylko na odkrywaniu ciągle nowego. Ale także na powracaniu w miejsca, które z różnych powodów są dla nas ważne.
Dolina Bobru
Z Jeleniej Góry, w górę rzeki, przez Rudawy Janowickie i dalej ile sił w nogach. Mam z tą trasą bardzo osobistą relację. Przemierzałem ją niezliczoną ilość razy pisząc swoją pierwszą książkę, tę poświęconą Miedziance – miasteczku, które w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku zostało wymazane z mapy na skutek zniszczeń górniczych. Wzdłuż rzeki, czasami po obu jej stronach, a czasem tylko po jednej biegną wygodne i mało uczęszczane drogi, które są wprost stworzone do jazdy rowerem.
Krótkie, choć czasem ostre podjazdy, zachwycające widoki i ciche wioski. W niemal każdej znaleźć można zabytkowy pałac w lepszym lub gorszym stanie. Warto przyjrzeć się tym w Bobrowie, Wojanowie, Łomnicy. Można też nieco zboczyć z drogi i zajrzeć do Karpnik. A komu mało wysiłku zawsze może zostawić gdzieś rower i ruszyć pieszo w góry. Rudawy są do tego idealne - po czterdziestu minutach marszu zwykle stoi się tam już na jakimś szczycie.
Stawy Milickie
To moje ponowne odkrycie, bo jeździłem tam często w harcerskich czasach. To właśnie tam pierwszy i jedyny raz w życiu zobaczyłem wilka. Wróciłem tam po latach by odkryć, jak bardzo to miejsce się zmieniło. Nadal jest to przyrodniczy raj, ale teraz powstała tu znakomita infrastruktura do jego podziwiania.
Stawy Milickie powstały w XII wieku za sprawą cystersów, którzy byli prawdziwymi mistrzami ujarzmiania rzek i strumieni. A Dolina Baryczy, płaska, szeroka i zasobna w wodę doskonale się nadawała do założenia tu jednego z największych w Europie zespołu stawów rybnych. W XIII wieku ich łączna powierzchnia wynosiła już ponad 2300 hektarów, największe z nich to staw Stary (700 ha), Grabownica Górna (500 ha) i Jamnik (360 ha).
Dziś to ptasi azyl – zaobserwowano tutaj aż 257 gatunków ptaków, do tego 34 gatunki ryb, 13 gatunków płazów, 5 gatunków gadów oraz 56 gatunków ssaków (w tym dwa z Polskiej Czerwonej Księgi Zwierząt – popielica i nietoperz borowiaczek). Obszar ten jest tak cenny przyrodniczo, że objęto go międzynarodową Konwencją Ramsarską chroniącą obszary wodno-błotne o międzynarodowym znaczeniu i wciągnięto na prestiżową ONZ-owską listę Living Lakes. Stawy Milickie, jako jedyne z Polski, są na niej obok Jeziora Bodeńskiego i Bajkału.
Doskonałym miejscem do rozpoczęcia swojej przygody na stawach jest Ruda Sułowska w zachodniej części stawów. Tam znajduje się centrum przyrodniczo – edukacyjne Naturum i to stamtąd rozchodzą się szlaki rowerowe pozwalające na eksploracji stawów. Mój ulubiony to ten, który biegnie wzdłuż Baryczy po nasypie dawnej kolejki wąskotorowej i łączy Żmigród z Miliczem.
Dolna Odra
Od kilku lat zachodniopomorskie to prawdziwe, rowerowe eldorado. Tamtejsza sieć długodystansowych, odseparowanych od ruchu samochodowego szlaków rowerowych robi ogromne wrażenie i nie odstaje standardem od swoich odpowiedników na zachodzie. Zjeździłem te tereny wielokrotnie pracując nad moją ostatnią książką „Mein Gott, jak pięknie” i wiem, że będę tam wracał regularnie.
Dolina Dolnej Odry to bezcenny przyrodniczo obszar łąk, torfowisk i trzcinowisk. Powstał na skutek działalności człowieka w XIX i XX wieku kiedy to Odra przechodziła kolejny etap regulacji. Ale jeszcze wcześniej, bo w połowie XVIII wieku ludzie wydarli tu rzece ogromny, podmokły teren na jej lewym brzegu. To Oderbruch, wybitne dzieło niderlandzkiej melioracji i pruskiej inżynierii.
Swoje wycieczki przez te tereny zaczynam zwykle w Kostrzynie nad Odrą (to jeszcze lubuskie) i wybierając raz prawy, raz lewy brzeg rzeki odwiedzam ulubione miejsca. Wśród nich są oczywiście zniszczone w czasie wojennych bombardowań i nigdy nieodbudowane Stare Miasto w Kostrzynie, Muzeum Oderbruchu w Bad Freienwalde, odrestaurowany most pieszo-rowerowy w Siekierkach czy Cedynia – moim skromnym zdaniem jedno z najpiękniejszych miasteczek w Polsce.
Wysoczyzna Elbląska
Morenowe wzgórza porośnięte bukowymi lasami robią największe wrażenie, gdy wjedzie się między nie pełnym pędem po przejechaniu płaskich jak stół Żuław Wiślanych. Elbląg leży na granicy tych dwóch krain. Obie są równie ciekawe, choć każda zupełnie inna. Ja zostawiłem serce na wysoczyznie już dawno temu. Nie tylko ze względu na niesamowitą przyrodę, ale też równie fascynującą historię. Każda z zagubionych między wzgórzami wiosek kryje swoje tajemnice. Jak choćby mały Próchnik, który jest najdalej wysuniętą na północ dzielnicą Elbląga, choć wygląda jak zwykła, śródleśna osada.
Jak głosi jedna z miejscowych legend pod posadzką miejscowego kościoła leży pozbawiony głowy hrabia Johann Friedrich von Struensee – ważna postać pruskiej, duńskiej i norweskiej dyplomacji końca XVIII wieku. Okoliczne lasy były zaś jednym z ulubionych rewirów łowieckich niemieckich cesarzy. Ostatni z nich, Willhelm II był szczególnie zapalonym myśliwym, który jedną ze swoich myśliwskich siedzib urządził w leżących u stóp wysoczyzny Kadynach. To stąd wyprawiał się na grubego zwierza. Kadyny to punkt obowiązkowy dla wszystkich odwiedzających te tereny. Podobnie jak malownicze miejscowości położone na południowym brzegu Zalewu Wiślanego.
Mazurski Park Krajobrazowy
Najchętniej wracam tam po sezonie, gdy jeziora pustoszeją i znów można bez przeszkód podziwiać spektakularne pejzaże Mazur. Zwykle przed taką wyprawą sięgam po autobiograficzną książkę Ernsta Wicherta pod tytułem Lasy i ludzie. Lubię jeździć po Mazurach jego tropem. Był zakochany w tym miejscu, to ono go ukształtowało i za nim do końca życia tęsknił. W jego rodzinnej leśniczówce – w Piersławku nieopodal Mrągowa znajduje się poświęcona mu izba pamięci. Niedawno w pobliżu otwarto nową ścieżkę rowerową, która biegnie nasypem kolei, którą jeździł w dzieciństwie Wiechert do dziadków. Z Piersławka jadąc niemal bez przerwy przepastnymi lasami można dojechać do Sowirogu nad jeziorem Nidzkim.
To właśnie tam rozgrywa się akcja jego najlepszej powieści – Dzieci Jerominów. Całkiem niedawno ją wznowiono i nie trzeba już polować na archiwalne egzemplarze w portalach aukcyjnych. Wyprawę zwykle kończę w lesie Szast nieopodal Pisza. To bardzo niezwykłe miejsce. W 2002 roku miejscowe lasy zostały zdruzgotane ogromnym huraganem, który przeszedł przez okolicę. Szast to eksperyment – nie posprzątano tu wiatrołomów, pozwolono lasowi odrastać naturalnie. Dziś prowadzone tu badania naukowe dowodzą, że tak odrodzony las jest o wiele bardziej odporny na szkodniki, grzyby, pożary, wichury i suszę. Stanowi żywy dowód, że przyrodzie wystarczy nie przeszkadzać, by regenerowała się sama.
Filip Springer – absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, reporter i fotograf. Tłumacz architektury, urbanistyki i polskiego krajobrazu oraz jego wizualnych absurdów. Autor książek reportażowych, m.in."Miedzianka. Historia znikania", "Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u", "Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach", "13 pięter", "Księga zachwytów", "Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast", "Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz" oraz "Mein Gott, jak pięknie". Mieszka i pracuje w Warszawie.
Instagram: @filip_springer | @trasa_by_springer




