
Ludzie
Ten artykuł przeczytasz w 5 minuty
Dla Wilhelminy Schedin jej stara i znoszona kurtka Greenland z 1976 roku to coś więcej, niż tylko część garderoby. Dzięki niej może wspominać długie dni w lesie i górach. W deszczu, mgle i słońcu oraz wyjątkowe spotkanie z prawdziwym lisem polarnym.
Tekst: Karin Wallén
Zdjęcia: kolekcja prywatna
Zdjęcia: kolekcja prywatna
Smagane wiatrem górskie brzozy. Wzburzone strumienie. Woda, która smakuje świeżo i jest zimna – prosto ze źródła oraz nagie góry wznoszące się na tle ciągle zmieniającego się nieba. Kiedy Wilhelmina Schedin, obecnie 78-letnia, przegląda swoje zdjęcia, wspomnienia wracają. Wspomnienia gór i lasów oraz życia, w którym miłość do szlaków rozkwitała.
„To było w górach Ammarnäs w 1977 roku. Była to długo wyczekiwana wędrówka”, mówi Wilhelmina.
Było to pierwsze lato w jej nowe kurtce Greenland, którą rok wcześniej dostała w prezencie bożonarodzeniowym od swojego męża Ove’a. Świąteczny prezent był zapowiedzią większej ilości trekkingów w górach, które dopiero zaczynali odkrywać. Wilhelmina miała zieloną kurtkę Greenland, jej mąż beżową. Oboje z plecakami Fjällräven ze stalową ramą, który Åke Nordin opracował dla ówczesnych entuzjastów wędrówek.
“Zostaliśmy zainspirowani przez przyjaciół, którzy uprawiali trekking. Wędrówki nie były wtedy tak popularne jak dziś. W szczególności nie było tak wielu kobiet na szlakach” – zauważa Wilhelmina, wspominając swój i Ove dom w Umeå w północnej Szwecji.
Dorastała w Holandii, gdzie brała rower i jeździła po łąkach lub spacerowała po parkach. Nie widziała dziczy, dopóki w jej życiu nie pojawił się Ove. I dopiero po przeprowadzce do Szwecji obudziło się w niej prawdziwe zainteresowanie obcowaniem z naturą.
Pierwsze wędrówki Wilhelminy i Ove odbywały się po szlakach turystycznych w górach Västerbotten, gdzie zatrzymywali się zarówno w schroniskach, jak i w namiotach. Ale latem 1978 roku chcieli spróbować czegoś nowego. Postanowili zejść z utartych szlaków i wybrać się na pieszą wędrówkę w górach Ammarnäs.
Było dość wczesne lato, rzeka Vindel była bardzo rwąca, a pierwszy dzień trekkingu oferował piękną pogodę.
“Było kilka innych osób na szlaku, ale po tym dniu przez cztery dni nie spotkaliśmy ani jednej osoby” – wspomina Wilhelmina.
Wraz z Ove wyruszyli w dzicz, w kierunku szczytu Sulåive z charakterystycznym grzbietem. Przedarli się przez dolinę porośniętą gęstymi zaroślami i przeprawili się przez strumień. Potem nadeszła burza.
„Wtedy byliśmy u podnóża Sulåive, obok górskiej ściany. Wspaniale było patrzeć na nadciągającą burzę” — mówi Wilhelmina.
Przeczekali burzę, a następnie udali się do Stubebakte, gdzie rozbili namiot. Ale nie był to koniec niespodzianek. Pojawiła się mgła, gęsta i dezorientująca. Aby ułatwić sobie spacer po wodę, zabezpieczyli się liną.
„Chodziliśmy pojedynczo i nosiliśmy ze sobą gwizdki, więc mogliśmy gwizdać do siebie. Do dziś mam pamiętnik z tej wyprawy. Spędziłam dużo czasu w namiocie myśląc i zapisując swoje przemyślenia. Utknęliśmy w tej mgle, to było trochę przerażające” — wspomina Wilhelmina.
Spędzili dwie noce we mgle, zanim ruszyli dalej. Schodzili z góry, gdy tylko pozwalała na to widoczność – co niestety nie pokrywało się z najlepszym terenem. Po uciążliwym zejściu wylądowali w zaspie śnieżnej, gdzie Wilhelmina upadła i zwichnęła lewy nadgarstek. Ale pogoda powoli się poprawiała. A wkrótce ciekawski gość sprawił, że wędrówka stała się jeszcze bardziej niezapomniana.
„Rozbiliśmy namiot i położyliśmy się spać, kiedy usłyszeliśmy dziwne odgłosy, jakby ptaki były zdenerwowane. Otworzyliśmy namiot i zaledwie kilka metrów od nas zobaczyliśmy lisa polarnego! O tej porze roku jest jasno przez cały dzień, więc widzieliśmy go wyraźnie, ale kiedy otworzyliśmy namiot, przestraszył się i uciekł”.
Następnego dnia zauważyli lisa biegnącego po drugiej stronie wzgórza, wydającego charakterystyczne lisie dźwięki. Za daleko dla podstawowych obiektywów fotograficznych, które mieli ze sobą Wilhelmina i Ove. Ale wystarczająco blisko, by żyć w ich pamięci.
Przed narodzinami ich syna Lennarta w 1979 roku było jeszcze kilka wypraw w góry, a potem ich przygody zmieniły charakter. Mała rodzina wybierała się do pobliskich lasów w poszukiwaniu punktów kontrolnych biegu na orientację lub po prostu odpocząć na łonie natury, pooddychać świeżym powietrzem i zjeść posiłek w outdoorze. Cała rodzina w kurtkach Greenland, w tym mały Lennart.
„Uwielbiał tę kurtkę. Cały promieniał!” mówi Wilhelmina, śmiejąc się na to wspomnienie.
Wilhelmina wciąż ma swoją starą kurtkę, tę z 1976 roku. Połataną i pozszywaną, ze śladami dużych i małych przygód w każdym szwie. Tak, jak ta kobieca wędrówka w Kittelfjäll, na którą wybrała się, gdy Lennart był dzieckiem (musiał zostać w domu z Ove). Pamięta ogromny blok sera, który ze sobą zabrała i ciasteczka, które były tak twarde, że musiała trzymać je w zbyt dużym opakowaniu. Wspomina górską wędrówkę z dziećmi ze szkolnego kółka tyrystycznego, na którą poszła razem z Lennartem. I oczywiście jednodniowe wycieczki wokół jeziora i wizyty w chatce Sami.
Jej wspomnienia są również wypełnione wszystkim innym, co ma do zaoferowania codzienność. Świat przyrody tuż za jej drzwiami był jej azylem przez całe życie. I choć w 2011 roku kupiła nową kurtkę Greenland, to starą zachowała – jako skarb z przeszłości, cenną pamiątkę.
„Spędziłam tak wiele dobrych chwil w tej kurtce. Wytrzymała wiatr, a przede wszystkim była odporna na komary. A ja mam alergię na komary” – mówi Wilhelmina.
Dziś jej trekking nie polega już na zapuszczaniu się w głąb kraju i brodzeniu przez strumienie i rzeki. Ale uczucie jest takie samo, nawet jeśli jej równowaga jest gorsza, a kijki turystyczne, a czasem nawet balkonik, są potrzebne, aby zapewnić bezpieczeństwo.
„Trekking wiele dla mnie znaczy. Ruch, cieszenie się przyrodą. Patrzenie na ptaki, drzewa, owady, kwiaty. Ale także poznawanie ludzi” – mówi Wilhelmina.
Wilhelmina ma swoich „leśnych przyjaciół”, jak ich nazywa. Spotykają się tylko na zewnątrz. Zaczęło się w najgorszym okresie pandemii, ale po jej ustąpieniu nadal się spotykają. Chodzą, rozmawiają i próbują wyjść na zewnątrz bez względu na pogodę. Z biegiem lat Wilhelmina dodała do swojej garderoby kurtki Keb Eco-Shell i Fjällräven Kodiak Parka, aby być gotową na wszystko. W końcu lokalna przyroda wciąż istnieje, a ona chce się nią cieszyć jak najdłużej. Bez zimna i wilgoci.
Muszę wyjść. To medycyna psychologiczna, która daje mi spokój ducha, gdy jestem niespokojna lub zestresowana. Ale to także medycyna fizykalna. Mam łagodną cukrzycę, ale jeśli będę się ruszać, poradzę sobie bez leków”.
Wilhelmina Schedin
Więc idzie dalej. Wzdłuż rzeki i ścieżek w najbliższej okolicy. I wciąż pamięta te dni, kiedy słońce nigdy nie zachodziło za stromymi, nagimi górami. Kiedy smagane wiatrem górskie brzozy kłaniały się we mgle. Kiedy wiatr smagał doliny, a ciepło rozchodziło się po jej ciele, gdy słońce przedzierało się przez chmury. Zupa jagodowa na śniadanie przed namiotem. I lis polarny wędrujący w swoim naturalnym środowisku.


