
Przygody
Ten artykuł przeczytasz w 5 minuty
Nowoczesne technologie i nawigacja coraz bardziej ułatwiają nam podróżowanie. Ale czy korzystając z tych ułatwień czegoś nie tracimy? Dlaczego czasami warto wrócić do starej dobrej mapy, opowiada Filip Springer – reportażysta, fotograf i propagator odkrywania świata rowerem.
Od jakiegoś czasu podróżuję tylko z papierowymi mapami. Najczęściej z takimi, które już dawno straciły swoją aktualność. Tylko one pozwalają mi jeszcze się naprawdę zgubić.
Podobno jedną z cech dobrego designu jest jego przezroczystość – używa nam się czegoś wygodnie, ponieważ nie musimy myśleć, jak to zostało zaprojektowane. Produkty i usługi służą nam najlepiej wówczas, gdy nie narzucają nam się swoją obecnością. Po prostu robią robotę gdzieś tam w tle. Ma to swoje niezaprzeczalne zalety, czasami jednak warto się zastanowić nad kosztami tej przezroczystości. Zwłaszcza usług i produktów ukrytych w tych czarnych urządzeniach, które każde z nas nosi w kieszeni.
Wbudowane w telefony mapy i nawigacja fundamentalnie zmieniły sposób naszego orientowania się i poruszania w przestrzeni. Nagle wszystko stało się niezwykle proste. Wysiadasz z pociągu, wpisujesz adres hotelu i idziesz do niego jak po sznurku. Niebieska, delikatnie pulsująca kropka pokaże ci, gdzie jesteś, algorytm podpowie największe atrakcje w okolicy, miejsca, gdzie dobrze zjesz i zrobisz niezbędne zakupy. Wyruszając w teren, wystarczy wpisać cel, sposób poruszania się i wybrać jeden z wariantów proponowanego szlaku. Gdy z jakichś powodów się z niego zboczy, urządzenie zmieni trasę tak, by jak najszybciej doprowadzić nas do celu. Wszystko po to, by się nie zgubić. No właśnie.
Pozwól sobie się zgubić
Od jakiegoś czasu podczas moich rowerowych wypraw nie używam elektronicznej nawigacji. Mam ją ze sobą, bo niestety zawsze mam ze sobą telefon. Chowam go jednak głęboko na dnie sakwy i staram się nie używać. Do fotografowania wykorzystuję i tak przewieszony przez plecy aparat, a do orientowania się w terenie – papierową mapę. Bo właśnie ona pozwala mi jeszcze czasem się zgubić.
Przede wszystkim dlatego, że wymaga uważności. Aby orientować się w terenie z mapą, trzeba zwracać uwagę na całą masę szczegółów, które umykają nam, gdy do celu prowadzi telefon. Choćby kierunki świata: aplikacje zwykle orientują mapę względem drogi, którą się poruszamy. To, co przed nami, najczęściej znajduje się tam na górze mapy. Nie musimy wiedzieć, gdzie jest północ, wschód, zachód i południe. Papierowa mapa wymaga tej wiedzy. Co więcej, taka mapa nie wyświetla naszej lokalizacji. Musimy dokładnie patrzeć na to, co jest wokół, czytać pejzaż – liczyć rozwidlenia i skrzyżowania szlaku, mijane domy i osady, patrzeć na ukształtowanie terenu. Dopiero dzięki temu wiemy, gdzie jesteśmy.
Najciekawsze rzeczy spotykają mnie właśnie wtedy, gdy starannie skonstruowany plan wyprawy się rozsypuje i muszę improwizować. To wówczas najczęściej trafiam na opowieści, które potem trafiają do moich książek.
Filip Springer
W czasie wędrówki łatwo się zapomnieć, zagadać albo zapatrzeć na coś, stracić tę uważność i pomylić drogę. Najciekawsze rzeczy spotykają mnie właśnie wtedy, gdy starannie skonstruowany plan wyprawy się rozsypuje i muszę improwizować. To wówczas najczęściej trafiam na opowieści, które potem trafiają do moich książek. Bo przecież na tym właśnie polega prawdziwe wędrowanie – na mierzeniu się z rzeczywistością, nad którą nie mamy kontroli. Na dostosowywaniu się do niej. Na pokorze względem rzeczy większych od nas.
Solidna mapa jak dobra lektura
Ale lubię mapy nie tylko dlatego. Tak naprawdę to całą zabawę z nimi zaczynam jeszcze na długo przed wyruszeniem z domu. Polski poeta i przyrodnik Michał Książek powiedział kiedyś, że oprócz epiki, liryki i dramatu istnieje jeszcze jedno królestwo, w którym człowiek snuje swoje opowieści. To kartografia. Głęboko zgadzam się z tą myślą. Czasami wieczorem zamiast po dobrą książkę sięgam po solidną mapę. Jeszcze w harcerstwie nauczyłem się je czytać, znam znaki topograficzne, nie jest ich znowu tak bardzo dużo. Wystarczy kupić sobie za bezcen w internecie stary, sprawdzony „Rysunek map” Stanisława Bema i spędzić kilka godzin z zawartym tam indeksem. To bardzo odświeżające doświadczenie – nauczenie się tego języka. Jakby nagle ktoś podpowiedział nam klucz pozwalający zrozumieć powieść, którą zawsze lubiliśmy, ale nie wiedzieliśmy dlaczego. Czytanie map staje się wtedy uzależniającym zajęciem, które silnie angażuje wyobraźnię.
A tym przecież jest też literatura. Widząc teren poprzecinany labiryntem wąwozów i odczytując z legendy skład gatunkowy lasu, nie umiem sobie nie wyobrażać szelestu bukowych liści pod stopami, gdy będę już tamtędy szedł. A potem już nie potrafię się oprzeć temu, żeby sprawdzić jak tam naprawdę jest. I zwykle jest inaczej, ale nigdy nie jestem rozczarowany. Te doświadczenia: czytanie mapy i wędrowanie odkładają się we mnie warstwami.
Mam też sposób na to, by mapa pozwalała mi zgubić się nie tylko w przestrzeni, lecz także w czasie. Wystarczy sięgnąć po taką, która już dawno straciła swoją aktualność.
Filip Springer
Mam też sposób na to, by mapa pozwalała mi zgubić się nie tylko w przestrzeni, lecz także w czasie. Wystarczy sięgnąć po taką, która już dawno straciła swoją aktualność. W internecie jest ich pełno, za darmo i w świetnej jakości. Najbardziej lubię niemieckie Mestichtblatty z końca XIX wieku. Skala 1:25 000. Są przepiękne i bardzo szczegółowe. Doskonale odwzorowują logikę dróg, która często zachowała się w terenie do dziś. A jednocześnie z wielkim szacunkiem traktują naturalną rzeźbę terenu. Podróżując z taką mapą, trzeba być jeszcze bardziej czujnym. Czytać nie tylko pejzaż, ale próbować też odgadnąć jego historię. Bo to, co na mapie zaznaczone jest jako „Brauerei” czyli browar, może być dziś porośniętą trawą stertą cegieł. I od razu człowiek się zastanawia, co się wydarzyło między jednym a drugim stanem skupienia tego budynku. Wyobraźnia znów zaczyna pracować. To samo dotyczy cmentarzy – te, które mam wyraźnie zaznaczone na moich archiwalnych mapach, odnajduję zapomniane i zarośnięte w środku lasu albo na skraju wsi. Z czasem, właśnie dzięki posługiwaniu się starymi mapami, nauczyłem się tak czytać teren i roślinność, że odnajduję te cmentarze niemal intuicyjnie. Po prostu widzę kępę sosen albo zarośla śnieguliczki i wiem, że znajdę między nimi spękane nagrobki.
Ponad wszystko jednak wielbię papierowe mapy za to, że zmuszają mnie do powolności. Trzeba je rozkładać, orientować, składać. Dbać, by nie zmoczył ich deszcz albo nie porwał wiatr. Pamiętać, aby ich nie zgubić. To wszystko wymaga czasu. Uniemożliwia pośpiech. I choćby tylko dlatego nigdy z nich nie rezygnuję.
Filip Springer – absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, reporter i fotograf. Tłumacz architektury, urbanistyki i polskiego krajobrazu oraz jego wizualnych absurdów. Autor książek reportażowych, m.in."Miedzianka. Historia znikania", "Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u", "Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach", "13 pięter", "Księga zachwytów", "Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast", "Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz" oraz "Mein Gott, jak pięknie". Mieszka i pracuje w Warszawie.
Instagram: @filip_springer | @trasa_by_springer




