SustainabilityStore locatorchevron-down
My accountchevron-down
Your shopping cart
Shipping calculated at checkout
Tax calculated at checkout
Subtotal
0,00€

Total
0,00€
We accept:

Trasa jest jak dobra książka

Przygody
Ten artykuł przeczytasz w 5 minuty
Przemierzamy pejzaże naszymi ciałami, doświadczamy ich wszystkimi zmysłami. Tak właśnie powstają dobre opowieści. Reportażysta i fotoreporter Filip Springer opowiada o swoich wyprawach rowerowych i ich roli w poznawaniu świata.

Nauczyłem się tego kilka lat temu i całkowicie zmieniło to moje wyprawy. Wcześniej każdy podjazd pokonywałem tak, jakbym chciał mieć go jak najszybciej za sobą. I chciałem! Co przyjemnego może być w podjazdach – długich, twardych, mozolnych wspinaczkach? Liczy się przecież pęd, płynność, liczy się flow. Po to większość z nas wsiada na rower. By sobie pojeździć, a nie po to, by się umordować.
Podjazdy dla wielu oznaczają właśnie mordęgę.
Któregoś razu jednak pojechałem w trasę ze znajomym. To było na Kaszubach, krainie mocno przecież pofałdowanej. Po całym dniu jeżdżenia po tamtejszych szutrach zdecydowaliśmy się wdrapać na najwyższy szczyt w okolicy – Wieżycę (329 m n.p.m.). Paweł, który zwykle jechał tego dnia pierwszy, brał na siebie wiatr i nadawał wymagające tempo, okropnie na tym podjeździe zwolnił. Wlókł się niemiłosiernie, zupełnie jak nie on. Pomyślałem nawet, że osłabł, zaproponowałem energetycznego batona. Uśmiechnął się i odmówił. Dopiero na szczycie wyjaśnił mi tę metodę. – "Na takich podjazdach staram się po prostu trzymać tętno i oddech na takim poziomie, jakbym jechał po płaskim" – wyjaśnił – to dzięki temu polubiłem podjeżdżać.
Postanowiłem spróbować jego metody. Kilka dni później jechałem przez Wysoczyznę Elbląską, jedno z najpiękniejszych miejsc do jeżdżenia na rowerze, jakie znam w północnej Polsce. To teren, podobnie zresztą jak Kaszuby, ukształtowany przez lodowiec. Był on tu jeszcze całkiem niedawno, bo kilkanaście tysięcy lat temu. To w skali czasu geologicznego naprawdę mgnienie. Dlatego właśnie ślady obecności tego lodowca są tu wyraźnie widoczne. Pojęcia je opisujące znamy z lekcji geografii – morena denna, morena czołowa, kemy, ozy, drumliny, sandry. Wszystkie one nabierają znaczenia i materializują się, gdy przemierzamy ten teren na rowerze. Ja właśnie wtedy to chyba zrozumiałem najpełniej. Wspinałem się okropnie stromą drogą z Kadyn w kierunku Łęcza, ale tym razem, korzystają z porady Pawła wcale się nie spieszyłem. Postanowiłem tak wjechać na ten skraj Wysoczyzny, aby się nie zmęczyć, nie zasapać. I nagle cała ta geologiczna historia stała się dla mnie zrozumiała i ciekawa. Oto bowiem, własnym ciałem spotykałem się z czymś ogromnym.
Wysoczyzna Elbląska to 450 kilometrów kwadratowych wzniesień morenowych. Powstały one wtedy, gdy lodowiec zatrzymał się w tym miejscu na dłużej, a jego wysoka na ponad dwa kilometry lodowa ściana wytapiała się powoli. Wypadało wówczas z niej wszystko, co lodowiec przywlókł ze sobą ze Skandynawii. Była to zwykle glina i piach, ale też ogromne głazy narzutowe. Ich inna nazwa to eratyki – od łacińskiego errare czyli błądzić. Kamienie – "zbłąkańcy". Lubię tak o nich myśleć. Północny skraj Wysoczyzny Elbląskiej, ten na który właśnie się wspinałem jest zaś stromy dlatego, że został podcięty przez fale i sztormy Morza Litorynowego. Powstało ono wtedy, gdy lodowiec już zupełnie ustąpił na półmnoc, a w nieckę po nim wlała się woda. Dziś jest tam Bałtyk.
Ucieleśnione mózgi
Na to wszystko nie patrzył prawdopodobnie żaden człowiek. Od dawna ludzie potrafią nazwać i objaśnić procesy, jakie tu zaszły. Ale ja wlokąc się na rowerze pod górę mogłem spotkać się z tą historią i ją poczuć. We własnych nogach, płucach, sercu, tyłku i nadgarstkach. W taki właśnie sposób powstaje coś, co nauka nazywa czasem wiedzą ucieleśnioną. Amerykański językoznawca George Lakoff uważa wręcz, że nasza zdolność do rozumowania językowego, a także posługiwania się metaforami jest ściśle powiązana z doświadczeniem pochodzącym z ciała. „Nasze mózgi czerpią informacje z reszty naszych ciał. To jakie są nasze ciała i jak funkcjonują w świecie, wpływa na sposób w jaki nasze mózgi porządkują koncepcje, których możemy używać do myślenia. Nie możemy myśleć byle czego – tylko to, na co pozwalają nasze ucieleśnione mózgi” – mówił Lakoff w jednym ze swoich wykładów. Jego napisana wespół z Markiem Johnsonem książka „Metafory w naszym życiu” to obowiązkowa lektura dla każdej i każdego, kto chce zrozumieć jaki jest związek naszego ciała z myśleniem i językiem, jakim się posługujemy.

Dzięki dwóm kołom i sile własnych nóg odczuwamy każdą zmarszczkę terenu, wiatr, słońce, temperaturę i jej zmiany w zależności od tego, czy jedziemy przez gęsty las czy też mocno nasłonecznioną łąkę. To co wieziemy ze sobą, jak jesteśmy ubrani, co jemy po drodze i czy akurat słuchamy muzyki wpływa na spektrum tego doświadczenia oraz jego jakość.

Filip Springer

Gdy idzie o pejzaż to wierzę, a nawet jestem przekonany, że rower jest najlepszym narzędziem angażującym nasze ciało do jego poznania. Doświadczenie krajobrazu jest przecież wielozmysłowe. Czym innym jest patrzenie na rozfalowany pejzaż pełen wzgórz, a czym innym przemierzanie go na rowerze. Dzięki dwóm kołom i sile własnych nóg odczuwamy każdą zmarszczkę terenu, wiatr, słońce, temperaturę i jej zmiany w zależności od tego, czy jedziemy przez gęsty las czy też mocno nasłonecznioną łąkę. To co wieziemy ze sobą, jak jesteśmy ubrani, co jemy po drodze i czy akurat słuchamy muzyki wpływa na spektrum tego doświadczenia oraz jego jakość. Owszem, idąc pieszo również mamy na to wszystko szansę, ale dopiero jadąc na rowerze zmiany kalejdoskopie doznań będą następować dość szybko po sobie by mogły się ułożyć w pewną linię, a może nawet opowieść. Dla kogoś, kto zajmuje się pisaniem to szczególnie ważne. Podobnie jak dzienny dystans który mogę dzięki rowerowi przemierzyć oraz fakt, że to on jest objuczony ciężarami związanymi z podróżą, a nie ja.
Trasa jak dobra książka
Od czasu kiedy sobie to wszystko uświadomiłem lubię myśleć o trasie, którą planuję przejechać jak o tekście. Innymi zdaniami myślę przecież na ostrym podjeździe, a innymi na łagodnym zjeździe oferującym rozległe widoki. Jedne są krótkie i zwięzłe, inne długie, rozwlekłe i opisowe. W dobrym tekście odpowiedni rytm zależy od jednych i drugich. Podobnie jest z trasą. Tekst po napisaniu trzeba przeczytać, najlepiej na głos, aby wychwycić w nim wszystkie chropowatości. Trasę zaś trzeba przejechać – robię to kilka razy, zanim nabiorę pewności, że dobrze ją sobie wymyśliłem. Ale w zależności od pory roku, dnia i aktualnej pogody konkretne szlaki działają różnie. Nie wszystko bowiem da się zaplanować. I to jest w tej zabawie najlepsze. Wie to każdy, kto sięgnął kiedyś po dawno przeczytaną książkę i odkrył ją na nowo.
Filip Springerabsolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, reporter i fotograf. Tłumacz architektury, urbanistyki i polskiego krajobrazu oraz jego wizualnych absurdów. Autor książek reportażowych, m.in."Miedzianka. Historia znikania", "Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u", "Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach", "13 pięter", "Księga zachwytów", "Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast", "Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz" oraz "Mein Gott, jak pięknie". Mieszka i pracuje w Warszawie.

Opublikowane w

Udostępnij

Mail iconTwitter IconFacebook Icon