SustainabilityStore locatorchevron-down
My accountchevron-down
Your shopping cart
Shipping calculated at checkout
Tax calculated at checkout
Subtotal
0,00€

Total
0,00€
We accept:

W pojedynkę, poza jednym wyjątkiem

Przygody
Ten artykuł przeczytasz w 4 minuty
Podróżować samotnie czy w towarzystwie? Każdy sposób jest dobry, ma swoje wady i zalety. Filip Springer pisze o odkrywania świata jako pisarz i fotograf w jednej osobie. W pojedynkę, choć z jednym wyjątkiem.

To miało być moje pierwsze, samotne nocowanie w lesie. Miałem czternaście lat i w ramach zdobywania harcerskiej sprawności Trzech Piór musiałem wyruszyć na całodobową wędrówkę przez las. Przygotowałem się do niej starannie, a tak przynajmniej mi się zdawało, bo gdzieś po czterech godzinach marszu uprzytomniłem sobie, że owszem, zabrałem ze sobą konserwę, ale zapomniałem otwieracza czy choćby najprostszego noża.
Przez następnych kilkanaście godzin wypróbowałem wszystkie sposoby otwarcia tej puszki, jakie podpowiedział mój coraz bardziej wygłodniały mózg. W pewnym momencie poważnie rozważałem położenie jej na szosie, poczekanie aż rozjedzie ją jakieś auto i zdrapanie tego co zostanie z tej kolizji na asfalcie. Od tego planu odwiódł mnie ostatecznie regulamin sprawności Trzy Pióra, który zakładał, że przez całą dobę nie powinienem mieć żadnego kontaktu z innymi ludźmi. To miała być taka puszczańska, samotnicza próba. Ostatecznie wróciłem do obozu z konserwą płaską jak talerz (od walenia w nią kamieniem) i żołądkiem przyklejonym do kręgosłupa.
Kolejne eskapady poszły już lepiej. Z czasem nauczyłem się też tak kompletować ekwipunek, by był najmniej absorbujący. Aparat z jednym, stałym obiektywem, zapas baterii, mała kamera sportowa, scyzoryk, miska, trochę ubrań, mata, śpiwór, rozpinana na ziemi moskitiera i solidny tarp zamiast namiotu. Wszystko to mieszczę w kilku bikepackingowych torbach na rowerze, albo w trzydziestolitrowym plecaku.
Potrafię się tak spakować na tygodniową wędrówkę i nie śmierdzieć jej ostatniego dnia. Schodziłem w ten sposób Sudety, Puszczę Notecką, całe polskie Wybrzeże. Tropem „tułaczych” książek Andrzeja Stasiuka zjeździłem Bałkany, Rumunię, Węgry i Słowację, zafascynowany norweskim ekologiem Arne Næsem przewędrowałem Hardangerviddę. I choć wielokrotnie wędrowałem także w większym towarzystwie, to te samotne wyjazdy pamiętam najlepiej.

Mój sposób przemieszczania się musi być dla innych skrajnie irytujący. Zatrzymuję się czasem co kilkaset metrów, tylko po to, by przez kilkanaście minut pogapić się na jakąś łąkę albo brzeg rzeki.

Filip Springer

Z czasem te wędrówki przekształciły się w moją pracę, bo przywoziłem z nich fotografie i wspomnienia, które zaczęły się układać w opowieści. Byłem samowystarczalny – umiem robić zdjęcia, więc nie musiałem za sobą ciągnąć wszędzie fotografa. Piszę, więc reporter z notesem jest mi zbędny. Przywożę z jednego wyjazdu cały materiał. Ma to swoje minusy (ogrom pracy), ale ma też plusy. Nie wyobrażam sobie zresztą, że ktoś jeździ ze mną.
Mój sposób przemieszczania się musi być dla innych skrajnie irytujący. Zatrzymuję się czasem co kilkaset metrów, tylko po to, by przez kilkanaście minut pogapić się na jakąś łąkę albo brzeg rzeki. Mijam obojętnie za to z reguły wszystko, czym każą mi się zainteresować przewodniki. Nigdy nie wiadomo, gdzie skończę, wiadomo za to, że wstaję skoro świt niezależnie od pory roku. Nawet nie próbuję sobie wyobrażać, ile konfliktów generowałby taki styl pracy, gdybym ciągnął ze sobą jeszcze kogoś do pomocy.
Ostatnio na jednym ze spotkań autorskich zostałem nawet zapytany, czy nie przeszkadza mi, że te wszystkie miejsca, o których pisze, odkrywam siłą rzeczy w pojedynkę. Po chwili dłuższego namysłu odpowiedziałem, że nawet tego nie zauważam. Po prostu, gdy chcę o jakimś miejscu opowiedzieć, to wiem, że muszę tam pojechać sam. Tak jak sam piszę później tekst. To dla mnie naturalny stan. Ani mi on doskwiera, ani mnie specjalnie cieszy. Po prostu jest.
Kilka razy, scrollując media społecznościowe i podglądając gravelowe konta z całego świata, skusiłem się na wyjazd w większej ekipie. I zawsze żałowałem. Jedyna zaleta tych wyjazdów jest taka, że mam z nich przynajmniej jakieś zdjęcia, na których jestem. Ale ja ewidentnie nie jestem typem, który czerpałby przyjemność z rowerowych „ustawek”. Muszę sam.

Myślałem, że to ja będę mu pokazywał, jak przeżywać prawdziwe przygody. Stało się dokładnie odwrotnie.

Filip Springer

Z jednym wyjątkiem. Wszystko, co powyżej było prawdziwe do czasu, aż nie posadziłem w rowerowym krzesełku mojego syna. Zrobiłem to z prawdziwym drżeniem serca, bo bardzo chciałem, by mu się to spodobało. Uśmiechnął się od razu, a ja poczułem, że ktoś zdejmuje ze mnie wielki ciężar. Odkąd skończył rok dużo jeździmy razem. Najpierw z krzesełkiem, potem w jednokołowej przyczepce, rowerze cargo a ostatnio każdy na swoim rowerze. Uwielbiam to, że na tych wyjazdach to ja muszę się dostosowywać do niego.
Myślałem, że to ja będę mu pokazywał, jak przeżywać przygody, a stało się dokładnie odwrotnie. To on jest moim przewodnikiem. Uczy mnie odkładać pracę na bok i cieszyć się tym, że jestem w lesie. Gdy był mały wkładałem do kieszonek rowerowych spodenek pieluchę i owocowy mus. Teraz potajemnie wykradamy z domu słodycze i pałaszujemy je bezkarnie gdzieś na trasie.
Ostatnio na Mazurach popłynęliśmy kajakiem na bezludną wyspę, rozbiliśmy namiot, rozpaliliśmy ognisko. Wyjąłem z plecaka puszkę brzoskwiń w słodkim syropie, bo pieczone nad ogniskiem tosty na słodko to moja biwakowa specjalność. Zaczął się tą puszką bawić aż urwał kluczyk, przy pomocy którego się ją otwiera. Zmartwił się tym bardzo, ale wyjąłem z kieszeni scyzoryk.
Zawsze masz ze sobą scyzoryk, tata? – zapytał.
Zawsze synku – odpowiedziałem.
Filip Springerabsolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, reporter i fotograf. Tłumacz architektury, urbanistyki i polskiego krajobrazu oraz jego wizualnych absurdów. Autor książek reportażowych, m.in."Miedzianka. Historia znikania", "Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u", "Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach", "13 pięter", "Księga zachwytów", "Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast", "Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz" oraz "Mein Gott, jak pięknie". Mieszka i pracuje w Warszawie.

Opublikowane w

Udostępnij

Mail iconTwitter IconFacebook Icon